[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Był to soczysty trzask, podobny do dzwięku znanegomu z obozu drwali - huknięcia, z jakim siekiera o podwójnymostrzu wali w twardy dębowy pień.Ku jego zdumieniu ziemiamu się rozwarła pod nogami i wpadł w głęboką jamę.Spowiłago ciemność, czas się zatrzymał niczym w zepsutym zegarku.15Podarunek od Kamiennego PsaOdniesiono go nieprzytomnego do obozu niczym worekzboża.Kiedy otworzył oczy, była ciemna noc.Poczuł zapachzgniecionej trawy, pieczonego mięsa, chyba tłustejwiewiórki, dymu ogniska i kobiecego ciała.Makwa-ikwapochylała się nad nim, wpatrzona weń swoimi zarazemmłodymi i sędziwymi oczami.Nie zrozumiał pytania, jakiemu zadała.Czuł tylko rozrywający mu czaszkę ból.Odzapachu mięsa zrobiło mu się niedobrze.Znachorkaprzewidziała to najwidoczniej, podstawiła mu bowiem zarazdrewniany skopek, żeby mógł zwymiotować.Kiedy osłabiony rzyganiem z wysiłkiem łapał powietrze,podała mu do picia jakiś zimny, zielony i gorzki wywar.Zdawało mu się, że rozpoznał miętę, ale był tam i jakiś smaksilniejszy, nie tak już przyjemny.Spróbował odwrócić głowę,odmawiając przyjęcia napoju, lecz przytrzymała mu ją siłą,jak dziecku, zmuszając do przełknięcia.Był na nią wściekły,szybko jednak zasnął.Gdy się budził co jakiś czas, znowuwmuszała w niego tę gorzką zieloną ciecz.W takim stanie -półprzytomny między snem a jawą, ssąc gorzki cycek MatkiNatury-przeleżał blisko dwa dni.Rankiem trzeciego dnia guz zniknął i ustał ból głowy.Makwa-ikwa przyznała, że już dobrzeje, ale napoiła gousypiającym wywarem równie szczodrze jak poprzednio, więcznowu zapadł w sen.Wokół trwało zaś w najlepsze święto Tańca %7łurawia.Czasami dochodziło go granie wodnego bębenka kapłanki,czasem śpiewy w dziwnym gardłowym języku plemieniaSauk, czasem bliższe czy dalsze odgłosy zabaw i wyścigów,którym88wtórowały pokrzykiwania widzów.Kiedy u schyłku tego dniaotworzył oczy, Makwa-ikwa przebierała się właśnie w mroku chaty.Było dostatecznie widno, tak że gdy wlepił spojrzenie wjej obfite piersi, stwierdził ze zdumieniem, iż pokrywają jebiegnące od mostka ku aureolom sutek pręgi i blizny wkształcie jakichś dziwnych ni to symboli, ni to runicznychznaków.Choć nie poruszył się ani nie wydał żadnego dzwięku,wyczuła szóstym zmysłem, że się zbudził.Ich oczy spotkałysię na chwilę, po czym odwróciła się do niego plecami, nie tylepo to, żeby ukryć ciemny kędzierzawy trójkąt łona, ile - jakmu się zdawało - by ochronić przed jego spojrzeniemtajemnicze symbole na piersiach kapłanki.Zwięte piersi,skonstatował w zamyśleniu.W jej biodrach i pośladkach niebyło wszakże nic świętego.Kości była grubej, mimo to nierozumiał, dlaczego nazywają ją Niedzwiedzicą, z twarzy igibkości ciała przypominała raczej dużego kota.Nie potrafiłbyokreślić, ile ma lat.Nagle wyobraził sobie plastycznie, jakbierze ją od tyłu, trzymając się oburącz jej grubych warkoczy,splecionych z tłustych czarnych włosów, jakby dosiadałponętnego ludzkiego wierzchowca.Uzmysłowił sobie zezdumieniem, że marzy mu się zostać kochankiemczerwonoskórej dzikuski, cudowniejszej od tworów wyobrazniwszystkich Jamesów Fenimore'ów Cooperów, po chwili zaśdotarła do jego świadomości żywa reakcja jego ciała.Priapizmmógłby zostać po takim urazie uznany za objaw złowróżbny,ale ponieważ wiedział, że przyczyną tej manifestacji męskościjest kobieta, a nie jego kontuzja, przewidywał, iż jednakwyzdrowieje.Leżał spokojnie i przyglądał się, jak Indianka wkładafrędzlasty strój z jeleniej skóry.Przez prawe ramięprzerzuciła pas spleciony z czterech kolorowych rzemieni, naktórym zawieszona była skórzana torba pomalowana wsymboliczne figury, oraz koło z wielkich jaskrawych piór nieznanych mu ptaków.I torba, i pierzaste koło zawisły na jejlewym biodrze.Chwilę pózniej wymknęła się z chaty.Do jego posłaniadoleciał wkrótce jej wznoszący się chyba w modlitwie, to znówopadający głos.- Hough! Hough! Hough! - odpowiadali jej Saukowieunisono, a ona śpiewała dalej.Rob nie miał pojęcia, co Makwa mówi do swojego boga, amimo to od doniosłości tej modlitwy przebiegł go zimnydreszcz.Wsłuchiwał się w nią z napięciem, wpatrzony wwidocz-89ne przez dymnik chaty gwiazdy, podobne dookruchów lodu, które jakimś cudem udało się jejpozapalać.Tej nocy nasłuchiwał niecierpliwie odgłosówzapowiadających koniec święta Tańca %7łurawia.Tozapadał w drzemkę, to budził się i nastawiał uszu, dygocząc z niepokoju, i wciąż czekał, póki nie ustałyhałasy i nie umilkły głosy, oznajmiając koniec święta.Wtedy nareszcie ktoś wszedł do chaty.Robwsłuchiwał się czujnie w szmer zdejmowanego, apotem spadającego na ziemię ubrania.Ktoś usiadłobok niego z cichym sapnięciem, dotknęły go czyjeśręce, jego dłonie poszukały czyjegoś ciała.Wszystkodokonało się w milczeniu mąconym jedynie cichymioddechami, pomrukami rozbawienia, syknięciami.Niemusiał przejawiać szczególnej aktywności.Rozkoszy,choćby i chciał, nie byłby w stanie przedłużyć, zadługo żył w celibacie.Kobieta była doświadczona izręczna, on spragniony i niecierpliwy, potem zaś -rozczarowany.Jak gdyby wgryzł się w piękny owoc i stwierdził,że nie smakował tak, jak się spodziewał.Badając w ciemności powaby jej ciała stwierdził,że jej piersi są bardziej obwisłe, niż zapamiętał, a ichpowierzchnia pod jego palcami gładka, nieporysowana bliznami.Podczołgał się do ognia, wyjąłjakiś patyk i zaczął nim wymachiwać, póki żar nakońcu nie rozjarzył się płomieniem.Przyczołgawszy się z tą pochodnią z powrotem namatę westchnął zawiedziony: uśmiechała się do niegoszeroka, wcale nawet niebrzydka twarz nieznajomejIndianki.Gdy Makwa-ikwa wróciła nazajutrz rano dochaty, znowu miała na sobie codzienny nieforemnystrój ze spłowiałego samodziału.Zwięto Tańca%7łurawia najwyrazniej na dobre się skończyło.Robprzyglądał się chmurnie, jak przygotowuje kaszę,danie na zakończenie ich postu [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • przylepto3.keep.pl