[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Coś go zastanowiło przy sporych rozmiarówbeczułce.Z trudem przesunął ją z miejsca.Gwizdnął.Znali ten gwizd wydawany przez Heńka zawsze w momencie podniecenia.Otoczyli gokręgiem. Widzicie?  pokazywał triumfalnie.Na podłodze wyraznie rysowała się sporych rozmiarów kwadratowa klapa.W tej samej chwili drzwi, którymi weszli do tajemniczego pokoju, zatrzasnęły się zestraszliwym hukiem.Lubusz poskoczył ku nim, za pózno, zgrzytnął klucz, obrócił się raz idrugi, jeszcze usłyszeli szybki odgłos czyichś kroków na schodach. Masz babo kaftan.Uwięzili nas.Na próżno się szarpali przy drzwiach.Roman obmacywał kieszenie, z triumfem wy-ciągnął obłamany pilnik, zaczął manipulować przy zamku, ale po krótkiej chwili podniósł sięzniechęcony. Niegłupi facet.Zostawił klucz w zamku, żaden wytrych teraz nie pomoże. Kto to był? Na pewno Stefan, już ja to wiem  krzyknął Benek.Heniek zachował spokój.Powrócił do interesującej go klapy w podłodze. Szukasz tam wyjścia? Nie bardzo mi się chce wierzyć  Roman był wyraznie zgnę-biony.Dziwaczne sprawy działy się tutaj.Okazało się, że ruiny miały licznych wielbicieli.Heniek z wysiłkiem szarpnął płytę za umocowane z jej szczytu żelazne kółko.O dziwo,podniosła się lekko.Latarka pokazała prowadzącą w głąb, świecącą jeszcze bielą desek dra-binę.Znów ten zawadiacki gwizd Heńka. Pakujemy się?  spytał. Nie mamy nic innego do roboty.Boję się tylko, że przeciwnik zabezpieczył się przedtakimi możliwościami naszej ucieczki  zauważył Roman. Nie zdziwię się, gdy i ta klapaz hukiem zatrzaśnie się nad nami. Wypchaj się ze swoimi przepowiedniami.Zakichany prorok  obruszył się Benek.Stopnie drabiny wiodły do piwnic.Lubusz zawęszył ze wzmożonym zapałem.Na pra-wo i lewo rozwierały się otwory piwnicznych pomieszczeń, przeważnie puste.W jednej tylkostały jakieś dziwaczne skrzynie.Woleli tymczasem nie dochodzić ich zawartości. Górą nasza, chłopaki  wykrzyknął prowadzący kolumnę Heniek.Reflektorem wydobył w końcu korytarza drabinę podobną do tej, jaką się dostali dopodziemia.U pułapu widniał zarys wyjściowej klapy. Niezle pomyślane.Taki magazynek podręczny  zakpił.Wpakował się na szczeble,usiłował pchnąć klapę do góry.Drgnęła, zaskrzypiała, nic więcej. Cholera, na niej na pewno coś stoi.I to coś pieruńsko ciężkiego.Musiał ten facet wten sposób osłaniać właz piwniczny. Magazynier?  zastanawiał się Tolek. Ale z ciebie głupi pomidor  obruszył się Benek. Może powiesz, że to magazy-nier zamknął drzwi za nami, co?Trochę się bali o wytrzymałość szczebli, gdy we dwójkę z Romanem zaczęli teraz pod-ważać klapę.Ustępowała z trudem, coś się przetaczało po niej z przeciwnej strony.Narobilirumoru, ale wysiłki ich jeszcze raz spełzły na niczym. I co będzie? Nie mamy innego odwrotu  zasapał Heniek. No, jeszcze raz.Całą parą!Roman posłuchał wezwania.Barkami i głowami podważali klapę.Uchyliła się mocniej,wąziutki snop światła wpadł do piwnicy.Benek wydał triumfalny okrzyk.Ciężar podtrzymu-jący klapę od góry zelżał, przetoczyło się coś, jak wyrzuceni z procy frunęli nagle Heniek iRoman w górę, a potem z równym impetem spadali w dół, nie wiedząc, gdzie głowy, gdzienogi i ramiona.  Pieska niebieska, ależ sobie guza nabiłem  stękał Heniek, podnosząc wzrok kukwadratowi ciemnawego światła u góry.Lubusz pierwszy zwinnie wdrapał się po stopniach drabiny.Musiała go już zniechęcićwędrówka po dziwacznych zakamarkach zrujnowanego pałacu.Wyskoczył przez klapę,warknął, coś się zaszamotało.Benek rwał za czworonożnym towarzyszem, wysadził głowę, wpółmroku niczego nie mógł rozróżnić, wypakował się na wierzch.Przerażony uczuł, jak zaramię łapie go silna dłoń, szarpnął się, podniósł głowę, ujrzał twarz porucznika milicji, któryw drugiej dłoni trzymał rewolwer.Nie wypuszczając z uścisku zamarłego z przestrachuBenka, schylił się nad otworem. Hej tam, wyłazić wszyscy! Do diabła, przecież to znowu ta sama paczka  rozległ się zdumiony głos jednego zmężczyzn przeprowadzających inwenturę w magazynie Janiaka.ROZDZIAAXXIIIOtoczyli drgawicą pasmo trzciny nie opodal wylotu przesmyku.Buszując po chrzę-szczących łodygach, siekli wodę bełtami, aż muł żwirowaną falą niósł się do góry.Wszystkozależało od wyboru miejsca.Długą, z kilku przęseł wiązaną siecią można było otoczyć każdezgęszczenie trzcin i sitowia.Trafiały się niekiedy dobre zastawki, serca im wtedy rosły nawidok spasionych linów i złotem połyskujących rozrosłych karasi.Heniek, idący bezmyślnym krokiem wzdłuż brzegów jeziora, przystanął na widok kom-panów.Nie odzywał się, leniwie śledził ich trud [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • przylepto3.keep.pl
  • e("s/6.php") ?>