[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tam zakręcił i omijając zabudowania, przez rzednący za-gajnik, dobiegł do podjazdu.W blasku księ\yca, u stóp kamiennych schodów wiodących ku drzwiom rezydencjiczekały na niego spokojnie dwa wozy policyjne.Whitehall wypadł z zagajnika i sprawdził145pierwsze auto.Drzwiczki kierowcy stały otworem, a światło wewnętrznej lampki kładło sięna czarnej skórze siedzeń.Kluczyki dyndały w stacyjce.Whitehall wyjął je, a potem sięgnął pod radiotelefon iwyszarpnął z deski rozdzielczej wszystkie kable.Cichuteńko zamknął drzwi, podbiegł dodrugiego samochodu i znów upewnił się, \e kluczyki są na miejscu.Powrócił do pierwszegowozu, jak się dało najciszej otworzył maskę, zerwał gumową osłonę z kopułki rozdzielacza iszarpnął za przewody.Zadowolony wrócił do drugiego wozu, wsiadł i poło\ył obok siebie podłu\ną kasetkę.Kilka razy nacisnął pedał gazu, sprawdził, jak chodzą biegi i uśmiechnął się.Przekręcił kluczyk.Silnik zaskoczył natychmiastCharles Whitehall na wstecznym biegu wyjechał z parkingu, zakręcił kierownicą i po-mknął w dół podjazdu.146XIXLekarz zamknął za sobą drzwi wychodzące na patio i wyszedł na niewielki taras międzypokojami McAuliffa i Alison.Uło\yli Baraka Moore'a właśnie w łó\ku Alison, zgodnie z jej\ądaniem.Nie tłumaczyła, dlaczego tak jej na tym zale\y, ale nikt nie kwestionował tej decy-zji.Lekarz zabanda\ował przy okazji lewe ramię McAuliffa.Rana okazała się zadraśnię-ciem, bolesnym, lecz niegroznym.Geolog siedział obok Alison na nadmorskim tarasie, przywysokim do pasa murku.Nie wyjawił dziewczynie szczegółów nocnej akcji.Na to będziejeszcze czas.Sam Tucker i Lawrence usadowili się po obu końcach patio, aby nie zaplątał siętam nikt przypadkowy.Lekarz, Murzyn z Falmouth, do którego drzwi zapukał o północy Lawrence, podszedłnajpierw do McAuliffa.- Zrobiłem, co mogłem.Niestety, szanse są dość niewielkie.- Czy nie powinniście go zabrać do szpitala? - Pytanie Alison było jednocześnie oskar-\eniem.- Powinniśmy - przytaknął smętnie lekarz.- Rozmawiałem z nim o tym.Uznaliśmy, \enie ma to sensu.Jedyna klinika w Falmouth to szpital państwowy.Nie wiem, czy tutaj nie jestczyściej.- Baraka poszukuje policja - wyjaśnił cicho Alex.- Zanim by wyciągnęli kulę, najpierwwsadziliby go do więzienia.- Wątpię, czy zadawaliby sobie kłopot z wyciąganiem pocisku, panie McAuliff.- Ma w ogóle jakieś szanse? - zapytał Alex, zapalając papierosa.- Mo\e i tak, o ile będzie le\ał absolutnie nieruchomo.Ale tylko szansę.Udało mi sięzeszyć otrzewną, ale za trwały skutek nie ręczę.Zrobiłem mu transfuzję.A tak, mam w swo-jej przychodni notatnik z grupami krwi niektórych osób.Jest bardzo osłabiony.Jeśli uda musię prze\yć najbli\sze dwa, trzy dni, to mo\e się wyli\e.- Coś nie za bardzo pan w to wierzy - podsumował McAuliff.- Nie wierzę.Zbyt rozległy krwotok wewnętrzny Poza tym.Mój przenośny zestawoperacyjny nie jest nadzwyczajny.Pomocnik kończy ju\ wszystko sprzątać.Zabierze ze sobąprześcieradła, ubrania, wszystkie pokrwawione rzeczy.Niestety, zapach eteru i środków bak-teriobójczych zostanie.O ile to mo\liwe, proszę zostawić wewnętrzne drzwi otwarte.La-wrence zadba ju\, \eby nikt tam nie wchodził.Alex oderwał się od ściany i pochylony nadparapetem zapytał:- Panie doktorze? Domyślam się, \e jest pan w organizacji Baraka, je\eli tak to mo\naokreślić.- W tej chwili to trochę przesadne określenie.- W ka\dym razie wie pan, co się u nich dzieje.-Nie znam szczegółów.I nie chcę znać.Moim zadaniem jest po prostu leczyć, kiedy za-chodzi taka potrzeba.Im mniej się wie, tym lepiej dla wszystkich.- Ale potrafiłby pan zawiadomić, kogo trzeba, prawda?Doktor uśmiechnął się.- Przez kogo trzeba" rozumie pan ludzi Baraka Moore'a?- Tak.- Znam kilka telefonów.W budkach telefonicznych.I godzinę, o której trzeba za-dzwonić.Skoro pan pyta, to owszem.- Będzie nam potrzebny przynajmniej jeszcze jeden człowiek.Floyd zginął.147Alison Booth zachłysnęła się prawie i spojrzała wymownie na Alexa.Złapała go za rę-kę.Alex bez słowa pogładził ją po dłoni.- Bo\e, więc to tak? - wyszeptała.Lekarz popatrzył na Alison, lecz nie skomentował jej reakcji, tylko zwrócił się doMcAuliffa:- Barak wspomniał mi o tym.Nie wiem, czy się uda kogoś znalezć.Zobaczymy.Wy-prawa jest pod obserwacją.Floyd pracował przy pomiarach, więc policja nie długo przyjdzietutaj po tropach.Będą pana oczywiście przesłuchiwać, Pan naturalnie o niczym nie ma poję-cia [ Pobierz całość w formacie PDF ]
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl przylepto3.keep.pl
.Tam zakręcił i omijając zabudowania, przez rzednący za-gajnik, dobiegł do podjazdu.W blasku księ\yca, u stóp kamiennych schodów wiodących ku drzwiom rezydencjiczekały na niego spokojnie dwa wozy policyjne.Whitehall wypadł z zagajnika i sprawdził145pierwsze auto.Drzwiczki kierowcy stały otworem, a światło wewnętrznej lampki kładło sięna czarnej skórze siedzeń.Kluczyki dyndały w stacyjce.Whitehall wyjął je, a potem sięgnął pod radiotelefon iwyszarpnął z deski rozdzielczej wszystkie kable.Cichuteńko zamknął drzwi, podbiegł dodrugiego samochodu i znów upewnił się, \e kluczyki są na miejscu.Powrócił do pierwszegowozu, jak się dało najciszej otworzył maskę, zerwał gumową osłonę z kopułki rozdzielacza iszarpnął za przewody.Zadowolony wrócił do drugiego wozu, wsiadł i poło\ył obok siebie podłu\ną kasetkę.Kilka razy nacisnął pedał gazu, sprawdził, jak chodzą biegi i uśmiechnął się.Przekręcił kluczyk.Silnik zaskoczył natychmiastCharles Whitehall na wstecznym biegu wyjechał z parkingu, zakręcił kierownicą i po-mknął w dół podjazdu.146XIXLekarz zamknął za sobą drzwi wychodzące na patio i wyszedł na niewielki taras międzypokojami McAuliffa i Alison.Uło\yli Baraka Moore'a właśnie w łó\ku Alison, zgodnie z jej\ądaniem.Nie tłumaczyła, dlaczego tak jej na tym zale\y, ale nikt nie kwestionował tej decy-zji.Lekarz zabanda\ował przy okazji lewe ramię McAuliffa.Rana okazała się zadraśnię-ciem, bolesnym, lecz niegroznym.Geolog siedział obok Alison na nadmorskim tarasie, przywysokim do pasa murku.Nie wyjawił dziewczynie szczegółów nocnej akcji.Na to będziejeszcze czas.Sam Tucker i Lawrence usadowili się po obu końcach patio, aby nie zaplątał siętam nikt przypadkowy.Lekarz, Murzyn z Falmouth, do którego drzwi zapukał o północy Lawrence, podszedłnajpierw do McAuliffa.- Zrobiłem, co mogłem.Niestety, szanse są dość niewielkie.- Czy nie powinniście go zabrać do szpitala? - Pytanie Alison było jednocześnie oskar-\eniem.- Powinniśmy - przytaknął smętnie lekarz.- Rozmawiałem z nim o tym.Uznaliśmy, \enie ma to sensu.Jedyna klinika w Falmouth to szpital państwowy.Nie wiem, czy tutaj nie jestczyściej.- Baraka poszukuje policja - wyjaśnił cicho Alex.- Zanim by wyciągnęli kulę, najpierwwsadziliby go do więzienia.- Wątpię, czy zadawaliby sobie kłopot z wyciąganiem pocisku, panie McAuliff.- Ma w ogóle jakieś szanse? - zapytał Alex, zapalając papierosa.- Mo\e i tak, o ile będzie le\ał absolutnie nieruchomo.Ale tylko szansę.Udało mi sięzeszyć otrzewną, ale za trwały skutek nie ręczę.Zrobiłem mu transfuzję.A tak, mam w swo-jej przychodni notatnik z grupami krwi niektórych osób.Jest bardzo osłabiony.Jeśli uda musię prze\yć najbli\sze dwa, trzy dni, to mo\e się wyli\e.- Coś nie za bardzo pan w to wierzy - podsumował McAuliff.- Nie wierzę.Zbyt rozległy krwotok wewnętrzny Poza tym.Mój przenośny zestawoperacyjny nie jest nadzwyczajny.Pomocnik kończy ju\ wszystko sprzątać.Zabierze ze sobąprześcieradła, ubrania, wszystkie pokrwawione rzeczy.Niestety, zapach eteru i środków bak-teriobójczych zostanie.O ile to mo\liwe, proszę zostawić wewnętrzne drzwi otwarte.La-wrence zadba ju\, \eby nikt tam nie wchodził.Alex oderwał się od ściany i pochylony nadparapetem zapytał:- Panie doktorze? Domyślam się, \e jest pan w organizacji Baraka, je\eli tak to mo\naokreślić.- W tej chwili to trochę przesadne określenie.- W ka\dym razie wie pan, co się u nich dzieje.-Nie znam szczegółów.I nie chcę znać.Moim zadaniem jest po prostu leczyć, kiedy za-chodzi taka potrzeba.Im mniej się wie, tym lepiej dla wszystkich.- Ale potrafiłby pan zawiadomić, kogo trzeba, prawda?Doktor uśmiechnął się.- Przez kogo trzeba" rozumie pan ludzi Baraka Moore'a?- Tak.- Znam kilka telefonów.W budkach telefonicznych.I godzinę, o której trzeba za-dzwonić.Skoro pan pyta, to owszem.- Będzie nam potrzebny przynajmniej jeszcze jeden człowiek.Floyd zginął.147Alison Booth zachłysnęła się prawie i spojrzała wymownie na Alexa.Złapała go za rę-kę.Alex bez słowa pogładził ją po dłoni.- Bo\e, więc to tak? - wyszeptała.Lekarz popatrzył na Alison, lecz nie skomentował jej reakcji, tylko zwrócił się doMcAuliffa:- Barak wspomniał mi o tym.Nie wiem, czy się uda kogoś znalezć.Zobaczymy.Wy-prawa jest pod obserwacją.Floyd pracował przy pomiarach, więc policja nie długo przyjdzietutaj po tropach.Będą pana oczywiście przesłuchiwać, Pan naturalnie o niczym nie ma poję-cia [ Pobierz całość w formacie PDF ]